Dowód na istnienie Boga – Łk 16:19-31

Byłem w zeszłym tygodniu na dość płomiennej debacie, odbywającej się w Teatrze Polskim. Teza debaty brzmiała „Nauka czyni Boga zbędnym“, a uczestnicy mieli za zadanie ją uzasadnić bądź obalić. Temat budzący emocje, toteż wydarzenie zebrało pełną salę słuchaczy, a drugie tyle odeszło „z kwitkiem“ z powodu braku miejsc.
No więc jak to z tym Bogiem jest? Jest czy nie ma? Pytanie stare jak świat, które przez stulecia zaprzątało głowy tak filozofów, jak i prostych ludzi. Powstała na jego temat niezliczona ilość książek i rozpraw, a i tak każda ze stron ma swoich zwolenników. Jednak w przypadku człowieka wierzącego, który spotyka się z argumentami swoich adwersarzy i waży siłę swoich własnych, pojawia się nieuchronnie inne, choć powiązane, pytanie. Dlaczego Bóg zostawił tyle miejsca
na wątpliwości? Możemy oczywiście przytaczać jako argumenty historyczne dowody Zmartwychwstania, świadectwa, filozoficzne wywody, ale oddając sprawiedliwość intelektualnej rzetelności, musimy z pewnym zawodem przyznać  choć bardzo chcielibyśmy mieć argument ostateczny, niepodważalny i nieodpieralny dla każdego, kto chce zachować racjonalność,
nie dysponujemy takim.
Jednak dlaczego? Jeśli Bóg jest wszechmocny i pragnie, abyśmy Go poznali, czemu nie da dowodu, który zamknie usta najbardziej zatwardziałym sceptykom? Czy jesteśmy skazani na los tych, którzy swoje życie zdają na przypuszczenia i domysły? Jednak i ten problem jest poruszony w Ewangelii.

19 Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. 20 U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. 21 Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. 22 Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. 23 Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. 24 I zawołał: „Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu”. 25 Lecz Abraham odrzekł: „Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. 26 A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać”. 27 Tamten rzekł: „Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca! 28 Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki”. 29 Lecz Abraham odparł: „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają!” 30 „Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą”. 31 Odpowiedział mu: „Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą”.»

Odpowiedź cokolwiek zaskakująca. Jak to nie uwierzą? Czy gdyby dzisiaj zmarli powstali grobów i zaczęli głosić Ewangelię, ktokolwiek mógłby jeszcze powątpiewać w jej prawdziwość? Nikt. Ale nie o to Panu Bogu chodzi. Gdyby wiara oznaczała tyle co pogląd czy przekonanie, byłoby to rozsądne rozwiązanie. Ale tu nie o poglądy chodzi, Królestwo Boże to nie partia polityczna. Wiara to coś dużo głębszego i ze swojej natury musi mierzyć się z wątpliwościami. Czy jednak z tego wynika, że wiara i pewność wykluczają się wzajemnie? Myślę, że po mistrzowsku wyjaśnił to John Lennox  irlandzki matematyk, filozof i w mojej opinii najlepszy chrześcijański apologeta naszych czasów.
W 2014 roku John Lennox uczestniczył w spotkaniu na Uniwerysytecie Medycznym Harvarda, pod bardzo wymownym tytułem „The Loud Absence – Where is God in Suffering?“. Pod sam koniec otrzymał dość niespodziewane pytanie: dlaczego jest tak ewidentnie i pewnie przekonany o słuszności religii, którą wyznaje i głosi? Oto fragment jego odpowiedzi:

„A skąd wiem, że moja żona mnie kocha? Powiedziałbym, że po 46 latach małżeństwa jestem dość przekonany. To może zabrzmieć dla niektórych dziwnie, ale myślę, że Bóg chce, abyśmy byli pewni. (…) Niektórzy czasem odnoszą wrażenie, że moja pewność jest oparta na tym że, jak to matematyk, poznałem cały arsenał najbardziej wyszukanych argumentów. Argumenty są dla mnie ważne, ale to nie o nie chodzi. Wróćmy do mojej żony. Nie mogę ci matematycznie udowodnić, że moja żona mnie kocha. (…)“

Ta odpowiedź to moim zdaniem mistrzostwo świata. Przełamuje pewien niezdrowy schemat myślenia o wierze, który zdążył już dość mocno się zakorzenić. Mianowicie w dyskusjach pomiędzy wierzącymi a niewierzącymi często mówi się o Bogu trochę jak o teorii naukowej.
I chociaż takie spojrzenie ma swoje dobre strony, to jednak w dłuższej perspektywie może prowadzić do pewnego przestawienia akcentów. Bo czy to dlatego tysiące małych i dużych wspólnot chrześcijańskich gromadzi się każdego dnia na wspólnej modlitwie i Eucharystii, że urzekły ich uczone rozprawy? Czy chrześcijanie, którzy wolą raczej zginąć niż wyrzec się Chrystusa, a są tacy również dzisiaj, robią to dlatego, że historyczne świadectwa Zmartwychwstania były dla nich aż tak przekonujące?

Dowodu na istnienie Boga nie ma i nie będzie. Ale Miłość ma to do siebie, że ten kto jej doświadcza, nie potrzebuje dowodu, aby być pewnym.

A tym, którzy czują się mimo wszystko brakiem dowodu rozczarowani na pocieszenie zostawiam link do wspomnianego wykładu Johna Lennoxa. Jest naprawdę świetny! 😉

Dwie Ojczyzny – Wj 2:1-10

Jakiś czas temu przyszło mi do głowy pewne ciekawe pytanie, związane z początkami historii Mojżesza.  Pewnie nie od razu będzie oczywiste, dlaczego nie jest ono oczywiste, ani też, dlaczego ktokolwiek miałby uznać tę kwestię za ciekawą. Jednakże myślę, że wbrew powierzchownym intuicjom, warto się w nią zagłębić, a dlaczego — to okaże się na końcu.

1 Pewien człowiek z pokolenia Lewiego przyszedł, aby wziąć za żonę jedną z kobiet z tegoż pokolenia. 2 Ta kobieta poczęła i urodziła syna, a widząc, że jest piękny, ukrywała go przez trzy miesiące. 3 A nie mogąc ukrywać go dłużej, wzięła skrzynkę z papirusu, powlekła ją żywicą i smołą,
i włożywszy w nią dziecko, umieściła w sitowiu na brzegu rzeki. 4 Siostra zaś jego stała z dala,
aby widzieć, co się z nim stanie.

5 A córka faraona zeszła ku rzece, aby się wykąpać, a jej służące przechadzały się nad brzegiem rzeki. Gdy spostrzegła skrzynkę pośród sitowia, posłała służącą, aby ją przyniosła. 6 A otworzywszy ją, zobaczyła dziecko: był to płaczący chłopczyk. Ulitowała się nad nim mówiąc: «Jest on spośród dzieci Hebrajczyków». 7 Jego siostra rzekła wtedy do córki faraona: «Chcesz, a pójdę zawołać
ci karmicielkę spośród kobiet Hebrajczyków, która by wykarmiła ci to dziecko?» 8 «Idź» – powiedziała jej córka faraona. Poszła wówczas dziewczyna zawołać matkę dziecka. 9 Córka faraona tak jej powiedziała: «Weź to dziecko i wykarm je dla mnie, a ja dam ci za to zapłatę». Wówczas kobieta zabrała dziecko i wykarmiła je. 10 Gdy chłopiec podrósł, zaprowadziła go do córki faraona, i był dla niej jak syn. Dała mu imię Mojżesz mówiąc: «Bo wydobyłam go z wody».

Pytanie brzmi: kto nadaje imię Mojżeszowi?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że osobą, która nadaje Mojżeszowi imię, jest córka faraona. Jednak proponowana tutaj etymologia „wydobyłam go z wody“, jest etymologią hebrajską.
Czy w takim przypadku Mojżesz nie powinien otrzymać egipskiego imienia?

Druga możliwość jest taka, że imię nadaje jego matka. Jednak przecież osobą, która
„wydobyła go z wody“, jest córka faraona… lecz niezupełnie! Nie wyjęła koszyka osobiście, lecz zrobiła to jej służąca. Jeśli zdarzyłoby się tak, że owa służąca okazałaby się, przez tajemniczy zbieg okoliczności, jednocześnie matką Mojżesza, wydaje się, że to ona mogłaby nadać dziecku imię. Tekst nie wyklucza możliwości, że służąca posłana do wydobycia koszyka z wody to matka Mojżesza, ale trzeba przyznać, że jest to wyjaśnienie trochę naciągane.
Jak zatem jak rozwiązać ten problem?

Jest jeszcze jeden fakt, który rzuca trochę światła. Nie jest to wspomniane w tekście,
ale imię Mojżesz ma również możliwą etymologię egipską: od mesu — syn.
Takie tłumaczenie pochodzenia imienia świetnie współgra z wersetem 10.:

Gdy chłopiec podrósł, zaprowadziła go do córki faraona, i był dla niej jak syn.

Więc jak to ostatecznie jest? Imię hebrajskie czy egipskie? A może jest to celowa dwuznaczność wprowadzona przez Autora? Jeśli tak, to po co? Niezależnie od ostatecznej odpowiedzi, trzeba przyznać, że tekst nie pozwala nam minąć się z myślą, że księżniczka Egiptu jest tą, która nadaje imię prorokowi. I ta myśl jest mocno zaskakująca,
jeśli przypomnimy sobie, że w świecie starożytnego Wschodu nadanie imienia jest oznaką zwierzchności (zob. Rdz 2:19-20, 2 Krl 24:17), oraz że imię jest istotną częścią osoby, która
je nosi. Można by spodziewać się, że Bóg kiedyś zmieni imię Mojżesza, jak uczynił
to na przykład w przypadku Abra(ha)ma, gdyż imię otrzymane w pogańskim kraju uzna
za niegodne i nieprzystające do powagi prorockiego powołania.

Tak się jednak nie stanie. To imię, „pamiątka“ po młodości spędzonej w kraju faraona, będzie towarzyszyć największemu prorokowi Starego Testamentu do końca życia. Bohater narodowy Izraela, który uwolnił go z niewoli w Egipcie, który zaniósł mu Prawo, konstytuując Izrael jako państwo, do końca życia będzie nosił na sobie ślad ziemi, która go wychowała — pogańskiej krainy faraonów i zwierzęcych bogów.

Mojżesz — człowiek o dwóch ojczyznach — Hebrajczyk i Egipcjanin, który mimo, iż opuścił swą pogańską ojczyznę na zawsze, do końca będzie nosił ślad, który ona na nim zostawiła.

Jezus — człowiek o dwóch naturach — Bóg i człowiek, który jednak nigdy nie wyrzeknie się blizn, jakie zostawiła na Nim ziemska wędrówka.