Przerażająco jasna ciemność

Oddział 24 jeźdźców w luźnym szyku powoli zbliżał się pustynną drogą do bram miasta. Południowe słońce rozlewające swój żar z bezchmurnego nieba czyniło ich drogę znacznie uciążliwszą, niż byłaby o późniejszej porze dnia. Pewną ulgę przynosił zachodni wiatr, który jednak co rusz podrywał z ziemi chmury pyłu, przed którymi jeźdźcy musieli osłaniać oczy. Dwóch jadących na przedzie, w odróżnieniu od pozostałych, nie było uzbrojonych. Twarze mieli przesłonięte lnianymi chustami dla ochrony przed słońcem i piaskiem, ale gdyby nie ten szczegół, pierwszego z nich charakteryzowałaby twarz mająca coś z drapieżnego ptaka. Jakby dla kontrastu z tą drapieżnością, jego oczy zdradzały głębię duszy i umysłu. Był to jeden z tych, po których natychmiast widać, że wiedzą dużo więcej niż mówią. Drugi, o wysokim czole i długiej, pionowej bliźnie na twarzy, sprawiał – i jak najbardziej słusznie – wrażenie człowieka opanowanego i nieugiętego, który widział niejedną bitwę i któremu obcy jest strach. Po dość długim czasie podróży w milczeniu zbliżył się do swojego towarzysza o twarzy drapieżnego ptaka i zapytał:

– Czy mój towarzysz miał kiedykolwiek miecz w dłoni?

Jeździec o drapieżnej twarzy spojrzał na niego, jakby poczuł się urażony tym pytaniem, ale po chwili skierował wzrok z powrotem przed siebie.

– Owszem. – Odpowiedział, ale po dłuższej chwili dodał: – Choć było to już dość dawno.
– Może powinienem udzielić mojemu towarzyszowi kilku lekcji? Tak na wszelki wypadek.

Tylko dźwięk kopyt pobrzmiewał monotonnie.

– Nie ma potrzeby.

Propozycja nie była wprawdzie pozbawiona racjonalnych podstaw, lecz główny bohater naszej historii już lata temu zarzucił ćwiczenia w walce wręcz, gdy jego wiek i pozycja zaczęły zostawać na takie zajęcia coraz mniej miejsca. Zresztą wiedział, że sekta, którą ścigają stroni od przemocy. A gdyby nawet zmieniła swoje zwyczaje, Wysoka Rada przydzieliła im zbrojny oddział dla ochrony. Widząc coraz wyraźniejsze kształty bramy miasta, może dla dodania sobie otuchy słowami Psalmu, wyrecytował półgłosem:

– Jedni wolą rydwan, drudzy konie, a nasza siła w imieniu Pana, Boga naszego. Tamci się zachwiali i upadli, a my stoimy i trwamy.

Słowa „w imieniu Pana, Boga naszego” rezonowały w jego duszy i minuta po minucie wlewały w nią niejasny niepokój. Czy aby na pewno w imieniu Adonai jest jego siła? Przypomniał sobie dzieje Saula, pierwszego króla nad Izraelem, po którym nosił imię. Czy Saul pokładał ufność w mieniu Pana, czy w swoim własnym? Czy Saul walczył w imię Pana, czy w imię Saula? Czy Saul żył dla Pana, czy dla Saula? I skąd w zasadzie mógł to wiedzieć? Nikt przecież nie może być sędzią we własnej sprawie i podobnie żaden człowiek nie może bezstronnie i obiektywnie ocenić intelektualnej i moralnej rzetelności swojego wnętrza. Przecież ono samo dostarcza mu kryteriów takiej oceny, ale skoro jest również jej przedmiotem, taka ocena nie może w żadnym razie obiektywna ani bezstronna. Gdyby tak człowiek mógł wyjść z samego siebie i stojąc obok zbadać swoją duszę tak, jak kupiec wprawnym okiem ocenia jakość sukna… Niestety, każdy człowiek – od urodzenia aż do śmierci – jest zawsze sobą i tylko sobą i nigdy nie spojrzy na ani na świat, ani na siebie innymi oczami, niż tylko swoimi. I biedny Saul nigdy nie zobaczy świata, ani tym bardziej swojej duszy, takimi jakimi są, a zawsze będzie widział je jedynie takimi, jakimi widzie je wzrok Saula. Jedynie El Szaddaj – Bóg Najwyższy – widzi rzeczy takimi, jakimi są naprawdę. I tylko Jego wzrok jest godny zaufania, dlatego autor Psalmu, niepewny własnych zmysłów i myśli, woła: „Wybadaj mnie Boże i poznaj me serce. Doświadcz mnie i poznaj me troski. I zobacz, czy nie podążam drogą nieprawości.” Zaś mędrzec Hiob rzuciwszy wyzwanie Bogu, również dostrzega miałkość swojego poznania i zdjęty pokorą wyznaje: „Czy jestem bez skazy? Nie znam sam siebie. Odrzucam swe życie.”

I gdy Saul był pogrążony w rozmyślaniach, a może i w półśnie, na ziemię sprowadził go głos o nieokreślonym źródle:

– Saulu, Saulu!

Byłby skłonny uznać ów głos za produkt sennej wyobraźni, gdyby jego towarzysz nie zaczął rozglądać się z niepokojem, co świadczyło, że również go słyszał. Saul spojrzał w górę i oślepił go blask, jak gdyby słońce zwiększyło tysiąckrotnie swoją jasność. Zasłonił oczy ręką, ale bezskutecznie. Gdy po chwili doszedł do siebie, zorientował się… że nie widzi! Było to o tyle dziwne, że jego wzrok działał bez zarzutu. Obrazy osiodłanego konia, z którego w międzyczasie zeskoczył, zdziwionego towarzysza podróży i dołączających do nich konnych docierały do jego oczu, lecz umysł zdawał się być zamknięty na tę zmysłową rzeczywistość, choć formalnie jej świadomy. Można porównać ten stan do ekstremalnie znudzonego słuchacza na wykładzie, który wprawdzie słyszy każde słowo, ale nie rejestruje zawartych informacji.

– Nie widzę…

Począł stawiań powolne kroki w ciemność utkaną z promieni południowego słońca. Ponownie usłyszał głos:

– Saulu, Saulu! Dlaczego mnie prześladujesz?

Usłyszał głos ponownie i dotarło do niego, że ta przerażająco jasna ciemność w której się znalazł, jest w nim. Nie oznacza to wcale, że przerażająco jasna ciemność w nim była odbiciem czy też kopią przerażająco jasnej ciemności wokół.

Ciemność w nim i ciemność przed nim były jedną i tą samą ciemnością. Pustynia w nim i pustynia przed nim były jedną i tą samą pustynią. Miasto w nim i miasto przed nim były jednym i tym samym miastem. Uświadomił sobie, że ten głos woła go przecież od bardzo, bardzo dawna. Jak więc możliwe, że słyszy go dopiero teraz, choć był w nim przez całe jego życie? Gdy zrozumiał – czy raczej uzmysłowił sobie, bo trudno tu mówić o zrozumieniu – tę dziwną prawdę, spytał:

– Kim jesteś, Panie?

Głos odpowiedział:

– Ja jestem Chrystus, którego Ty prześladujesz.

Zimny dreszcz przeniknął jego duszę na wylot. Upadł na kolana. Zobaczył, pomimo swojej ślepoty, jak ciemna sylwetka postępuje w jego kierunku. Nie umiał określić jej rysów. Czy to rabbi Jeszua z Nazareth wrócił z Szeolu, aby go potępić? Tak odruchowo pomyślał, ale nie była to prawda. Otóż tą ciemną sylwetką był on sam. Tak! Zdarzył się cud! Saul stanął naprzeciw siebie samego, aby na siebie samego spojrzeć z bezlitosną precyzją i wnikliwością. Sylwetka wskazała na niego palcem. Nie musiała nic mówić. Saul był zdrajcą. Wiarołomnym, zakłamanym mordercą – bardziej bezbożnym od nieczystych pogan i bardziej grzesznym od rzymskich okupantów. Najzdolniejszy uczeń wielkiego Gamaliela, o przenikliwym umyśle i głębokiej religijności, przodujący w pobożności, był przez całe lata ślepy! Co więcej, zbyt ślepy, żeby dostrzec swoją własną ślepotę. W tym względzie jego położenie było dużo gorsze niż żebraków gromadzących się co dzień na dziedzińcu Świątyni. Oni bowiem swojego kalectwa byli doskonale świadomi. Saul – nie. Aż do dzisiaj. Poczuł, że tonie. Tonie w przerażająco jasnej ciemności dnia. Ostatkiem sił odezwał się:

– Co mam czynić, Panie?
– Wstań i wejdź do miasta. Tam ci powiedzą, co masz czynić.

Saul stał przed bramą Damaszku.

Tron Dawida – 1 Sm 22:1-2

Dawid uciekł stamtąd i schronił się w jaskini Adullam. Kiedy dowiedzieli się o tym jego bracia i cała rodzina jego ojca, udali się do niego. Zgromadzili się też wokół niego wszelkiego rodzaju uciśnieni i ci, którzy ścigani byli przez wierzycieli, i ci, którym było ciężko na duszy, a on stał się dla nich przywódcą. Tak przyłączyło się do niego około czterystu ludzi. 1 Sm 22:1-2

– Tu się schowałeś, pastuchu! – Na te słowa Dawid zerwał się na równe nogi. Mimo ciemności jaka panowała w jaskini, widział wyraźnie postać przed nim. Saul, ścigający go od tygodni wreszcie dopiął swego. Słysząc odgłos wyciąganego miecza, Dawid natychmiast załadował procę, którą zawsze nosił przy sobie.
– Mój Królu! – krzyknął – Co takiego uczynił Ci Twój sługa, że pragniesz jego śmierci?
– Mój Królu? Mój Królu?! Cały Izrael z każdym dniem coraz głośniej sławi twoje zwycięstwa. Przez ciebie moje panowanie przemija! – Saul rzucił się do ataku. To była ta jedna sekunda, może nawet niecała, kiedy Dawid mógł strzelić. Jego proca już raz okazała się śmiertelnie niebezpieczną. Ale czy w ten sposób właśnie miał objąć tron? Czy sprawiedliwe w oczach Elohim jest, aby pasterz podniósł rękę na tego, który choć niegodnie, to jednak prawowicie sprawuje władzę na Izraelem? Nasz bohater, rzecz jasna, nie miał czasu, aby to roztrząsać. Zadecydowała iskra intuicji – wypuścił procę i niemal natychmiast uderzyło go przerażające i przenikliwe zimno, jakiego nie czuł nigdy w życiu – jednak nie zimno wiatru ani śniegu, ale zimnej jak lód stali w swojej piersi. „A więc tak to się kończy.” – pomyślał i upadł.
A, mówiąc ściśle, nie upadł, lecz upadłby, gdyby ktoś nie szturchnął go w bok. Otworzył oczy. Był w tej samej jaskini, otoczony ciemnością, ale teraz słyszał głos Jonatana.
– Mój Panie, chyba jakieś mroczne widmo nawiedziło Cię przez sen.
Dawid przetarł oczy. Wciąż było mu nienaturalnie zimno.

– Tak, Jonatanie. Śniło mi się, że twój ojciec znalazł naszą kryjówkę i zabił mnie ostrzem miecza.
– Niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na ciebie!

Słowa Jonatana, choć bez wątpienia wyrażające życzliwość, wywołały u Dawida pewną niejasną gorycz. A raczej nie tyle gorycz, co pewne niewygodne wewnętrzne pytanie. Czy człowiek może kiedykolwiek mieć pewność co i kiedy na niego przyjdzie?

– Chodźmy! Spałeś, mój Panie, długo, ale dzień jeszcze trwa.
– Tak. Chyba za długo. Chodźmy.

Dawid podniósł się, poprawił ręką włosy i poczęli kierować się w stronę wyjścia. Myśl o śmierci go nie opuszczała. Wprawdzie otrzymał od Pana obietnicę objęcia tronu w Izraelu, jednak obietnice Elohim potrafią spełniać się w sposób nieoczekiwany. Ot, gdyby na przykład Pan zechciał, żeby ustanowiony przez Niego Król objął panowanie przez swoją śmierć? „Cóż to za niedorzeczność!” – pomyślał Dawid, widząc już coraz wyraźniej światło dnia, odbijające się niewyraźnie na ścianach. — „Wprawdzie Elohim może spełniać swoje obietnice w sposób niespodziewany, to Jego święte prawo, ale żaden król nigdy w historii nie obejmował tronu przez śmierć!” – myślał dalej, jakby starając się oddalić od siebie ten dziwaczny pomysł – „No, w każdym razie nie przez swoją. Śmierć swojego poprzednika albo rzeszy uzurpatorów – to normalne. Ale przez własną? To jest zupełnie absurdalne i z pewnością nigdy się nie zdarzy.”

Zmierzch był już zdecydowanie bliżej niż dalej, ale Jonatan i Dawid widzieli jeszcze wyraźnie cały obóz, rozbity przed jaskinią. Większość niewiast krzątała się przy wypiekaniu kołaczy. Mężczyźni byli w znacznej mierze poza obozem. Ci, którzy zostali, zajęci byli głównie naprawianiem namiotów. Trzeba powiedzieć, że nie był to obóz z tych dobrze zorganizowanych, gdzie każdy ma jasno określone i dobrze mu znane zadanie, z którego wywiązuje się z oddaniem. Wielu wałęsało się bez celu, mniej z lenistwa, bardziej z nieudolności w odnajdywaniu się w nowym położeniu, to znaczy położeniu na pustyni, pod widmem ataku oddziałów Saula. „Widmo” to dobre określenie. Mieszkańcy obozu nie rozmawiali o tym. Niemniej, każdy wiedział o zagrożeniu, i każdy też wiedział, że wszyscy o nim wiedzieli. I często myśleli, choć nie ujawniali tego wprost, bo co można było zrobić? W obozie często wybuchały kłótnie. O niemal wszystko. O to, czy między namiotami jest na pewno wystarczająco duże przejście albo kto komu zabrał bukłak z wodą. O to, czy należy organizować zbrojne powstanie przeciwko Saulowi, o to, czy obóz powinien stać tu, gdzie stoi, czy należy go przenosić, a jeśli tak, to dokąd. Krótko mówiąc, była chyba tylko jedna rzeczy, w której ta cała rzesza renegatów i wyrzutków była jednomyślna. Otóż wszyscy zgodnie uznawali Dawida za swojego przywódcę i gotowi byli iść za nim choćby na koniec świata.

Dawid siedział przed wejściem do jaskini Adullam i tym razem nie grał na cytrze jak to miał w zwyczaju. Myślał o tych wszystkich ludziach i jakoś przyszło mu do głowy, że może to tak właśnie spełnia się Boża obietnica. Czy to jest możliwe? Królestwo bez granic i bez stolicy. Bez urzędników, bez armii, bez podziałów etnicznych. Zbudowane, a raczej budowane, każdego dnia na pustynnych bezdrożach, przez uciekinierów, obdartusów i grzeszników, zgromadzonych wokół swojego Króla. Myśl o śmierci stała się nagle dużo mniej przerażająca.