(Nie taki stary) człowiek i morze – Mt 14:22-27

22 Zaraz też przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. 23 Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. 24 Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. 25 Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. 26 Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. 27 Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!»

Obraz jest taki: głęboka noc, słychać jedynie silny deszcz i huk wpadających na siebie fal. Najmłodszemu z pasażerów łodzi – Janowi ¬ trudno było usłyszeć własne myśli, ale równolegle z szumem deszczu, w jego głowie rezonowała od dłuższej chwili pewna koncepcja, tyleż niespodziewana, co niedorzeczna. Miał mianowicie wrażenie, że ten sztorm jest jakoś nadnaturalnie… ikoniczny. Wiele już widział burzy na jeziorze. Zbyt wiele, żeby się bać, zbyt wiele, żeby kolejna mogła zauważalnie zmienić jego postrzeganie świata. A jednak nie mógł pozbyć się wrażenia, że burza, której doświadczają nie jest już od dłuższego czasu żadnym konkretnym zjawiskiem atmosferycznym, któremu można przypisać datę i godzinę, ale jest
po prostu – burzą. A nawet Burzą. Wichurą, która przekroczywszy granice czasu i przestrzeni, stałą się burzą uniwersalną – każdą burzą, której ktokolwiek doświadczał i jeszcze doświadczy. Archetypem burzy. Mówiąc może nieco mniej adekwatnym, ale bardziej przyziemnym językiem, można powiedzieć, że czuł się trochę jak bohater książki, która z jakichś nieznanych przyczyn będzie czytana jeszcze wieki po jego śmierci. Z tych refleksji wyrwał go krzyk kompanów.
– Co się stało? Co tam widzicie? – próbował przepchnąć się, z marnym skutkiem, na tylną część łodzi, gdzie teraz zebrali się wszyscy jego towarzysze.
– Ktoś… idzie do nas… po wodzie! Chyba zjawa! – powiedział uczeń stojący najbliżej.
– Co?! – Teraz przeszły go dreszcze. Widząc bezowocność prób dostania się na tyły łodzi, skąd mógłby obserwować przerażający fenomen, zmienił plan i począł wchodzić po olinowaniu na maszt.
Wspiąwszy się, nabrał perspektywy. Jakieś 30 metrów za rufą zobaczył sylwetkę, zbliżającą się miarowym krokiem. Postać była ledwie dostrzegalna na tle żywiołu. Jan nie był w stanie powiedzieć, w jaki sposób unika zatonięcia, ale ewidentnie szła po wodzie jak po twardym gruncie, a ponadto z jakichś przyczyn fale nie imały się jej. I szła. Dynamicznie, ale bez pośpiechu, jakby nieświadoma tego, że według wszelkiej logiki powinna pogrążyć się
w odmętach. Nagle niezrozumiała, niedorzeczna myśl o „ikoniczności” burzy, zostawiona gdzieś z tyłu, zajaśniała jak rozświetlona błyskawicą:

Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód,
a Duch Boży unosił się nad wodami. Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!»
I stała się światłość.

– Nie bójcie się! To Pan! – krzyknął do zlęknionych współbraci.
– Jesteś pewien? – z tej odległości bowiem nie sposób było jeszcze rozpoznać postać.
– Tak. Jestem. – Jan rozpromienił się.
Skąd był pewien? Chociaż burza nie dawała za wygraną, a świt był niemal tak daleko jak brzeg, od którego odpłynęli, najmłodszy uczeń wiedział, że choć jest noc, i jest deszcz, i jest wiatr,
i jest otchłań jeziora, to jedynie Jezus jest tym, który naprawdę Jest.
– Odwagi! Ja jestem! – zawołał Jezus do uczniów. I stała się światłość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *