Tron Dawida – 1 Sm 22:1-2

Dawid uciekł stamtąd i schronił się w jaskini Adullam. Kiedy dowiedzieli się o tym jego bracia i cała rodzina jego ojca, udali się do niego. Zgromadzili się też wokół niego wszelkiego rodzaju uciśnieni i ci, którzy ścigani byli przez wierzycieli, i ci, którym było ciężko na duszy, a on stał się dla nich przywódcą. Tak przyłączyło się do niego około czterystu ludzi. 1 Sm 22:1-2

– Tu się schowałeś, pastuchu! – Na te słowa Dawid zerwał się na równe nogi. Mimo ciemności jaka panowała w jaskini, widział wyraźnie postać przed nim. Saul, ścigający go od tygodni wreszcie dopiął swego. Słysząc odgłos wyciąganego miecza, Dawid natychmiast załadował procę, którą zawsze nosił przy sobie.
– Mój Królu! – krzyknął – Co takiego uczynił Ci Twój sługa, że pragniesz jego śmierci?
– Mój Królu? Mój Królu?! Cały Izrael z każdym dniem coraz głośniej sławi twoje zwycięstwa. Przez ciebie moje panowanie przemija! – Saul rzucił się do ataku. To była ta jedna sekunda, może nawet niecała, kiedy Dawid mógł strzelić. Jego proca już raz okazała się śmiertelnie niebezpieczną. Ale czy w ten sposób właśnie miał objąć tron? Czy sprawiedliwe w oczach Elohim jest, aby pasterz podniósł rękę na tego, który choć niegodnie, to jednak prawowicie sprawuje władzę na Izraelem? Nasz bohater, rzecz jasna, nie miał czasu, aby to roztrząsać. Zadecydowała iskra intuicji – wypuścił procę i niemal natychmiast uderzyło go przerażające i przenikliwe zimno, jakiego nie czuł nigdy w życiu – jednak nie zimno wiatru ani śniegu, ale zimnej jak lód stali w swojej piersi. „A więc tak to się kończy.” – pomyślał i upadł.
A, mówiąc ściśle, nie upadł, lecz upadłby, gdyby ktoś nie szturchnął go w bok. Otworzył oczy. Był w tej samej jaskini, otoczony ciemnością, ale teraz słyszał głos Jonatana.
– Mój Panie, chyba jakieś mroczne widmo nawiedziło Cię przez sen.
Dawid przetarł oczy. Wciąż było mu nienaturalnie zimno.

– Tak, Jonatanie. Śniło mi się, że twój ojciec znalazł naszą kryjówkę i zabił mnie ostrzem miecza.
– Niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na ciebie!

Słowa Jonatana, choć bez wątpienia wyrażające życzliwość, wywołały u Dawida pewną niejasną gorycz. A raczej nie tyle gorycz, co pewne niewygodne wewnętrzne pytanie. Czy człowiek może kiedykolwiek mieć pewność co i kiedy na niego przyjdzie?

– Chodźmy! Spałeś, mój Panie, długo, ale dzień jeszcze trwa.
– Tak. Chyba za długo. Chodźmy.

Dawid podniósł się, poprawił ręką włosy i poczęli kierować się w stronę wyjścia. Myśl o śmierci go nie opuszczała. Wprawdzie otrzymał od Pana obietnicę objęcia tronu w Izraelu, jednak obietnice Elohim potrafią spełniać się w sposób nieoczekiwany. Ot, gdyby na przykład Pan zechciał, żeby ustanowiony przez Niego Król objął panowanie przez swoją śmierć? „Cóż to za niedorzeczność!” – pomyślał Dawid, widząc już coraz wyraźniej światło dnia, odbijające się niewyraźnie na ścianach. — „Wprawdzie Elohim może spełniać swoje obietnice w sposób niespodziewany, to Jego święte prawo, ale żaden król nigdy w historii nie obejmował tronu przez śmierć!” – myślał dalej, jakby starając się oddalić od siebie ten dziwaczny pomysł – „No, w każdym razie nie przez swoją. Śmierć swojego poprzednika albo rzeszy uzurpatorów – to normalne. Ale przez własną? To jest zupełnie absurdalne i z pewnością nigdy się nie zdarzy.”

Zmierzch był już zdecydowanie bliżej niż dalej, ale Jonatan i Dawid widzieli jeszcze wyraźnie cały obóz, rozbity przed jaskinią. Większość niewiast krzątała się przy wypiekaniu kołaczy. Mężczyźni byli w znacznej mierze poza obozem. Ci, którzy zostali, zajęci byli głównie naprawianiem namiotów. Trzeba powiedzieć, że nie był to obóz z tych dobrze zorganizowanych, gdzie każdy ma jasno określone i dobrze mu znane zadanie, z którego wywiązuje się z oddaniem. Wielu wałęsało się bez celu, mniej z lenistwa, bardziej z nieudolności w odnajdywaniu się w nowym położeniu, to znaczy położeniu na pustyni, pod widmem ataku oddziałów Saula. „Widmo” to dobre określenie. Mieszkańcy obozu nie rozmawiali o tym. Niemniej, każdy wiedział o zagrożeniu, i każdy też wiedział, że wszyscy o nim wiedzieli. I często myśleli, choć nie ujawniali tego wprost, bo co można było zrobić? W obozie często wybuchały kłótnie. O niemal wszystko. O to, czy między namiotami jest na pewno wystarczająco duże przejście albo kto komu zabrał bukłak z wodą. O to, czy należy organizować zbrojne powstanie przeciwko Saulowi, o to, czy obóz powinien stać tu, gdzie stoi, czy należy go przenosić, a jeśli tak, to dokąd. Krótko mówiąc, była chyba tylko jedna rzeczy, w której ta cała rzesza renegatów i wyrzutków była jednomyślna. Otóż wszyscy zgodnie uznawali Dawida za swojego przywódcę i gotowi byli iść za nim choćby na koniec świata.

Dawid siedział przed wejściem do jaskini Adullam i tym razem nie grał na cytrze jak to miał w zwyczaju. Myślał o tych wszystkich ludziach i jakoś przyszło mu do głowy, że może to tak właśnie spełnia się Boża obietnica. Czy to jest możliwe? Królestwo bez granic i bez stolicy. Bez urzędników, bez armii, bez podziałów etnicznych. Zbudowane, a raczej budowane, każdego dnia na pustynnych bezdrożach, przez uciekinierów, obdartusów i grzeszników, zgromadzonych wokół swojego Króla. Myśl o śmierci stała się nagle dużo mniej przerażająca.

2 komentarze do “Tron Dawida – 1 Sm 22:1-2

    1. Ziemek Autor wpisu

      Miło słyszeć, że komuś brakuje moich tekstów. Prawdę mówiąc wątpiłem czy ktokolwiek jeszcze tutaj zagląda. Przyznam się, że trochę trudno mi w dostatecznym stopniu dzielić umysł pomiędzy pisanie i matematykę. W tematach biblijnych teraz staram się więcej czytać niż pisać.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *