Archiwa autora: Ziemek

Nie bój się pustyni – Ap 12:1-6

Potem wielki znak się ukazał na niebie:
Niewiasta obleczona w słońce
i księżyc pod jej stopami,
a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu.
2 A jest brzemienna.
I woła cierpiąc bóle i męki rodzenia.
3 I inny znak się ukazał na niebie:
Oto wielki Smok barwy ognia,
mający siedem głów i dziesięć rogów
– a na głowach jego siedem diademów.
4 I ogon jego zmiata trzecią część gwiazd nieba:
i rzucił je na ziemię.
I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą,
ażeby skoro porodzi, pożreć jej dziecię.
5 I porodziła Syna – Mężczyznę,
który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną.
I zostało porwane jej Dziecię do Boga
i do Jego tronu.
6 A Niewiasta zbiegła na pustynię,
gdzie miejsce ma przygotowane przez Boga,
aby ją tam żywiono przez tysiąc dwieście sześćdziesiąt dni.

 

Pustynia aż po horyzont. Nie pamiętam, jak długo tak szedłem, ale na pewno dłużej, niż bym chciał. Od kilku godzin słyszałem tylko szum piasku. Noc, ale bardzo gwiaździsta i jasna.
Z początku nie byłem pewien, czy tę postać, którą widzę, widzę naprawdę, czy tylko światło gwiazd bawi się z moją wyobraźnią. Z czasem jednak stało się jasne, że postać jest prawdziwa, że zbliża się w moim kierunku, i że jest to kobieta. Dziewczyna? Nie wiem. Młoda w każdym razie, z czarnymi włosami do ramion. Zatrzymałem się, gdy widzieliśmy się już wyraźnie.

 Więc to tutaj?
Przytaknęła.
Toż to pustynia. Bezkresne morze grobowej ciszy…  Dlaczego pustynia akurat?
 Nie bój się. Tak musi być.  Zbliżyła się i dotknęła mojej twarzy.

Zapadło chwilowe milczenie.
 Tam  wskazałem przypadkowy punkt na horyzoncie  są miasta, ludzie, muzyka. Tu jest potwornie pusto. I upiornie cicho.
 Tylko pozornie. Z czasem usłyszysz, że pustynia też ma swoją muzykę.
To wszystko, czym człowiek chciałby się nasycić… Wszystkie pragnienia…  Tu pustka.
 Tak. Pustka.
 Tak rażąca, że czasem wręcz głośna. Nie lubię jej. Dlaczego to miejsce przygotował nam Bóg?
 Nie wiem. Ale tak jest dobrze. Tu musimy żyć. Ten świat tam dalej  odwróciła się  i spojrzała tam, gdzie Droga Mleczna spływała za horyzont  tego potrzebuje.
Chciałem zapytać, czego właściwie świat od nas potrzebuje, ale coś mnie zatrzymało. Chyba jeszcze nie czas na to pytanie. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z przenikliwego chłodu, wypełniającego to miejsce.
 Jest zimno… Dopóki szedłem, jakoś tego nie czułem.
 Na pustyni często jest chłodno. Chodź.  Uśmiechnęła się uśmiechem, który chociaż niewyraźny, mógłby bez trudu zastąpić światło dnia i przytuliła mnie. Upiorna cisza stała się jakby mniej upiorna.
 Wiesz.  Powiedziałem po dłuższej chwili.  Pustynia jest zimna. Gwiazdy może i jasne,
ale daleko. Wiatr co prawda słyszymy, ale nie wiemy, dokąd zdąża. Miasta tak daleko,
że tylko na wiarę przyjmujemy, że jeszcze istnieją. A jednak Twoje serce jest ciepłe…

Istnieją dwie tradycje  według jednej niewiasta jest symbolem Maryi, według drugiej  symbolem Kościoła. 1260 dni, więc 3,5 roku, to połowa z 7 lat, czyli symbolicznej całości  oznacza jakiś ograniczony czas. Nie będziemy żyć wiecznie na pustyni, niemniej jednak jest
to droga, którą trzeba przejść. Na pustyni jest czasem zimno. Można zatęsknić za światłami miasta, muzyką klubów i gwarem barów. Można być tu samotnym i można być kuszonym. Czasem jest bezpiecznym azylem, a czasem areną walki. Ale zawsze jest tu Ona  Niewiasta Pustyni, czuwająca tam, gdzie ma miejsce przygotowane przez Boga.

Kim jest dla Ciebie, Czytelniku?

 

 

(Nie taki stary) człowiek i morze – Mt 14:22-27

22 Zaraz też przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. 23 Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. 24 Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. 25 Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. 26 Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. 27 Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!»

Obraz jest taki: głęboka noc, słychać jedynie silny deszcz i huk wpadających na siebie fal. Najmłodszemu z pasażerów łodzi – Janowi ¬ trudno było usłyszeć własne myśli, ale równolegle z szumem deszczu, w jego głowie rezonowała od dłuższej chwili pewna koncepcja, tyleż niespodziewana, co niedorzeczna. Miał mianowicie wrażenie, że ten sztorm jest jakoś nadnaturalnie… ikoniczny. Wiele już widział burzy na jeziorze. Zbyt wiele, żeby się bać, zbyt wiele, żeby kolejna mogła zauważalnie zmienić jego postrzeganie świata. A jednak nie mógł pozbyć się wrażenia, że burza, której doświadczają nie jest już od dłuższego czasu żadnym konkretnym zjawiskiem atmosferycznym, któremu można przypisać datę i godzinę, ale jest
po prostu – burzą. A nawet Burzą. Wichurą, która przekroczywszy granice czasu i przestrzeni, stałą się burzą uniwersalną – każdą burzą, której ktokolwiek doświadczał i jeszcze doświadczy. Archetypem burzy. Mówiąc może nieco mniej adekwatnym, ale bardziej przyziemnym językiem, można powiedzieć, że czuł się trochę jak bohater książki, która z jakichś nieznanych przyczyn będzie czytana jeszcze wieki po jego śmierci. Z tych refleksji wyrwał go krzyk kompanów.
– Co się stało? Co tam widzicie? – próbował przepchnąć się, z marnym skutkiem, na tylną część łodzi, gdzie teraz zebrali się wszyscy jego towarzysze.
– Ktoś… idzie do nas… po wodzie! Chyba zjawa! – powiedział uczeń stojący najbliżej.
– Co?! – Teraz przeszły go dreszcze. Widząc bezowocność prób dostania się na tyły łodzi, skąd mógłby obserwować przerażający fenomen, zmienił plan i począł wchodzić po olinowaniu na maszt.
Wspiąwszy się, nabrał perspektywy. Jakieś 30 metrów za rufą zobaczył sylwetkę, zbliżającą się miarowym krokiem. Postać była ledwie dostrzegalna na tle żywiołu. Jan nie był w stanie powiedzieć, w jaki sposób unika zatonięcia, ale ewidentnie szła po wodzie jak po twardym gruncie, a ponadto z jakichś przyczyn fale nie imały się jej. I szła. Dynamicznie, ale bez pośpiechu, jakby nieświadoma tego, że według wszelkiej logiki powinna pogrążyć się
w odmętach. Nagle niezrozumiała, niedorzeczna myśl o „ikoniczności” burzy, zostawiona gdzieś z tyłu, zajaśniała jak rozświetlona błyskawicą:

Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód,
a Duch Boży unosił się nad wodami. Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!»
I stała się światłość.

– Nie bójcie się! To Pan! – krzyknął do zlęknionych współbraci.
– Jesteś pewien? – z tej odległości bowiem nie sposób było jeszcze rozpoznać postać.
– Tak. Jestem. – Jan rozpromienił się.
Skąd był pewien? Chociaż burza nie dawała za wygraną, a świt był niemal tak daleko jak brzeg, od którego odpłynęli, najmłodszy uczeń wiedział, że choć jest noc, i jest deszcz, i jest wiatr,
i jest otchłań jeziora, to jedynie Jezus jest tym, który naprawdę Jest.
– Odwagi! Ja jestem! – zawołał Jezus do uczniów. I stała się światłość.